niedziela, 16 grudnia 2012

Part 36

 4 komentarze? Pliiissss <3
 _____________________________________

- Ale... ja już mam jedną... to znaczy... Ja już mam dziewczynę, po co mi druga? - wydukałem. Na pewno zabrzmiało to głupio, ale teraz nie potrafiłem sklecić normalnego zdania. A chciałbym... Dobrać jakieś argumenty przeciw, zostawić ich i odejść prosto do Cherry.
- Wiem, że to dla ciebie niewygodne, ale zgodnie z kontraktem, który podpisałeś... No... Zabrzmi jak szantaż i wiem, że to okropne, ale musisz to zrobić Zayn. - powiedział pan Richard, splatając ręce za sobą.
Rzuciłem spojrzenie w stronę Perrie. Opierała się o ścianę z szerokim uśmiechem, pokazując swoje dziwne zęby.. Najwyraźniej była ze wszystkiego zadowolona. Westchnąłem i spuściłem głowę.
- Od kiedy? I jak długo? - zapytałem.
Poddałem się. Wiedziałem, że nic nie wskóram. A im szybciej się temu w pełni poddam, tym lepiej. 
- Po nowym roku. Pokażecie się w jakiejś kawiarni ze dwa razy, może w jakimś kinie.. A później Perrie pojedzie z tobą w trasę. - podniosłem szybko głowę.
- Ale my mamy trasę do czerwca.. z krótką przerwą w marcu. - rzekłem jakby usprawiedliwiającym się tonem.
- Więc już masz odpowiedź, jak długo będzie to trwało. - uśmiechnął się pan Richard. 
Zacisnąłem pięść w kieszeni marynarki, a na mojej twarzy na pewno pojawiły się czerwone wypieki. 
- Możesz iść. Na pewno więcej... instrukcji.. dostaniesz w czasie. - klepnął mnie w ramię Paul.
Odwróciłem się na pięcie i nawet nie obdarzając ich spojrzeniem, ruszyłem w stronę stolika, przy którym siedziałem.
Liam rzucił mi zmartwione spojrzenie za plecami wszystkim, ale tylko pokręciłem głową. Porzuciłem wściekłą minę i wysiliłem się na uśmiech, gdy usiadłem obok Marty. Chwyciła moją rękę w swe czułe palce i delikatnie zaczęła pocierać kciukiem wierzch dłoni. 

Cherry

- Nie możemy się jakoś wymknąć? Chciałbym spędzić czas tylko z tobą. - szepnął mi Zayn na ucho
- Postaramy się urwać wcześniej. - mruknęłam kątem ust. 
- Eh... idę do toalety. - odpowiedział i już go nie było.
Sięgnęłam po torebkę i wyciągnęłam telefon. Zbliżała się dopiero 20. Zobaczyłam, że jakiś czas temu dostałam wiadomość.
Cher napisała mi, żebym spotkała się z nią przy głównym bufecie, gdy się tylko zjawię. Ups.
- Widziałaś dzisiaj Cher? - spytałam Sary.
- Nie. - zrobiła wielkie oczy w niewiedzy.
Rozglądnęłam się po sali i widząc, że Zayn nie wraca, ponownie zwróciłam się do czerwonowłosej.
- Idę jej poszukać. - mruknęłam, wstałam i ruszyłam w stronę ogromnego stołu z jedzeniem. 
Wesoła czarnowłosa w najlepsze gawędziła z młodym kelnerem, trzymającym tacę z kieliszkami perłowo-białego szampana. Była odwrócona do mnie, więc gdy dotknęłam jej ramienia, podskoczyła nieznacznie i obróciła się z zaskoczoną miną. Później, jak zawsze, wtuliła mnie w swoje ramiona.
- Co u ciebie Cherry? Dobrze się bawisz? - zapytała, rażąc promienistym uśmiechem. Rzuciła długie spojrzenie na salę, naciskając tym samym, żebym pochwaliła dzisiejszy świąteczny wystrój.
- Tak, jest pięknie. - puściłam jej oczko. - Chciałaś ze mną pogadać? - to było raczej stwierdzenie, niż pytanie, ale i niegrzeczne przejście od razu do sprawy. Dla zamglenia trochę chamskiej nutki, posłałam jej miły uśmiech.
- Ah, tak... Obiecałaś mi, że coś nagramy. Co myślisz, żeby po świętach od razu posiedzieć trochę w studio? Poczytamy trochę twoich tekstów, wybierzemy coś, nagramy i jesteś wolna.
- Brzmi jakby miało to zabrać nie więcej jak 5 minut. - zaśmiałam się cicho.
- A stety niestety, będzie trwało jakoś dwa tygodnie. - Cher zacisnęła usta w jedną kreskę.
- Więc im szybciej tym lepiej. 5 stycznia ruszam z innym projektem, więc rozumiesz. Chciałabym się wyrobić...
- Może być trudno, ale... To kiedy się widzimy? Pasuje ci 27? - zapytała na wyrost uprzejmie.
- Jasne. - skwitowałam uśmiechem. Wtem ciszę, której wcześniej nawet nie zarejestrowałam, przerwały dźwięki muzyki, dzięki której wszyscy poderwali się do tańca.
- Ten kawałek jest świetny! Zostaw tą tacę, zatańcz ze mną! - wyrwała się Cher i porwała do tańca młodego kelnera. 
Westchnęłam i oparłam się o stół z bufetem, rozglądając się po przekąskach. Zebrałam jednym ruchem dłoni łososia z białym serem w środku i odwróciłam się przodem do ludzi. Prosto do mnie zmierzał Kyle. Uśmiech na jego twarzy był tak zawadiacki i pewny siebie, że w pewnym stopniu mnie przestraszył. Zrozumiałam jednak jego intencje. Rozglądnęłam się szybko z deską ratunku. W prawo... w lewo...
Jest! Nialler stał dość niedaleko, kładąc na talerz masę jedzenia. Ruszyłam szybko w jego kierunku i chwyciłam go za ramię.
- Co jest? - zmarszczył czoło. Zaciągnęłam go w stronę tańczących par.
- Proszę, udawaj, że wszystko jest normalnie. Uśmiechnij się i tańcz. - powiedziałam, błagalnym tonem, chowając twarz w jego ramieniu.
- Opłaca mi się zadawać kilka pytań? - jego głos był trochę drżący, jakby jego język powstrzymywał się od powiedzenia kilku słów. Jakby miał wbudowaną w sobie tarczę, której mój wpływ nie ominie. Ku mojemu zdziwieniu, chłopak splótł nasze palce razem i zaczął się bujać, kompletnie nie w rytm i tempo muzyki.
- Jak chcesz. - odpowiedziałam bez emocji.
- Dlaczego tańczymy? - zachichotał gdzieś nad moim uchem. Ja sama też się uśmiechnęłam.
- Może to śmiesznie zabrzmi, ale uciekłam przed natrętem i całe szczęście, że byłeś blisko.
- Czuję się wykorzystany, zaprawdę! - oburzył się, a ja wybuchnęłam śmiechem.
Przez chwilę tańczyliśmy w ciszy. Nawet muzyka zrobiła się wolniejsza, chyba specjalnie dla nas.
- A tak po za tym to.. co u ciebie słychać? - zapytał i byłam pewna, że przegryzł przy tym wargę. Poczułam dziwne mrowienie na karku.
- Jakoś powoli. - odpowiedziałam bez przekonania.
- A jak z filmem? Kiedy wszystko rusza?
- Za niecałe dwa tygodnie. Zdałeś już prawko? - zmieniłam temat.
- Nie, mam ostatnią godzinę do wyjeżdżenia i planuję zdać przed sylwestrem.
- Ja tak samo! - zareagowałam chyba trochę za gorączkowo. Ale Horan tylko mocniej ścisnął moją dłoń. - A... - zawahałam się - Dalej chcesz odejść od chłopców? - zapytałam i tym razem to ja przegryzłam wargę.
- To dość skomplikowane. - odrzekł dość chłodnym tonem. Postanowiłam więcej nie naciskać. Po chwili wolna piosenka się skończyła, więc odstąpiłam od niego na krok i pierwszy raz od wielu dni spojrzałam mu w oczy. I po raz pierwszy ciężko było z nich cokolwiek wyczytać. Zwykle łatwo było rozpoznać jakie emocje Niall odczuwa w danym momencie. Teraz tkwiła w nich jedynie gorzka tajemnica. Może nawet chłód? Niall się zmienił. Był teraz bardziej zimny, może dojrzalszy, jakby nie ufał nikomu. Nie było już radosnych iskierek, śmiechu i ciepła. Jedynie zimno... i ta skurwiała tajemnica. Aż skrzywiłam się delikatnie, wcale tego nie chcąc.
- Coś nie tak? - zapytał. Rozplótł nasze dłonie i złapał mnie za ramię.
- Nie, w porządku. Pójdę się czegoś napić. - rzekłam, spuszczając wzrok na podłogę. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę bufetu.
Mogłam z nim nie tańczyć i już ewentualnie przeżyć tego debila Kyle'a ! Idiotka Cherry!
- Jak to jest? - usłyszałam znajomy głos - Uciekasz przed jednym, tańcząc z drugim, w momencie, gdy nie ma trzeciego? - odwróciłam się. O stół opierała się... Karoline. Karoline ze swoim bezczelnym, pewnym siebie uśmieszkiem. Zrobiłam niepewną minę i kurczowo złapałam się błyszczącego obrusu.
- Czego chcesz? - zapytałam, siląc się na dość odważny ton. Choć moja psychika ukazywała całkiem coś innego. 
- Oh, czy ty się mnie boisz? - zachichotała, zakrywając dłonią usta. - Na prawdę nie ma czego. Chyba, że kochasz swojego brata, to całkowicie zmienia postać rzeczy. - spoważniała nagle i wskazała palcem w stronę tańczących par. Zwróciłam głowę w ową stronę. Olaf tańczył z Sarą... a obok nich stał jeden z tych młodych kelnerów. Nagle chłopak zrobił niemal niewidoczny ruch. Z rękawa koszuli wypuścił kawałek czarnego metalu. Na początku myślałam, ze owa rzecz spadnie i roztrzaska się o podłogę, co na pewno zwróci uwagę tłumu. Nic takiego jednak się nie stało. Kelner uśmiechnął się, widząc moje niezrozumienie i wypuścił jeszcze kawałek owej rzeczy... Lufy pistoletu. 
Krew podeszła mi do mózgu. Natychmiast odwróciłam się do Karoline.
- Przestań, zrobię wszystko. - powiedziałam z nutą paniki w głosie. Ona tylko bezczelnie zachichotała. Podeszła do mnie bliżej. Nie dzieliła nas duża odległość.
- Jeśli wszystko to... w przyszłym tygodniu rozstaniesz się z Zaynem. Masz zakończyć przyjaźń z Harrym. Zniszczyć jakikolwiek kontakt z Liamem i Louisem. I nie odbudowywać kontaktu z Niallem. Zero One Direction w twoim życiu. No i... - ceremonialnie spojrzała w górę, zamyślając się - Hmmm... A może tak znikniesz z życia publicznego? Tak, to dobre. Zrobisz to co powiedziałam, brat będzie bezpieczny. Zrozumiałaś, mam nadzieję? - uśmiechnęła się złośliwie i słodko zarazem. 
Przełknęłam głośniej ślinę i spuściłam wzrok na podłogę. Nie miałam jakiegokolwiek wyboru. Musiałam to zrobić.
- Tak. - odpowiedziałam ledwo dosłyszalnie.
- Świetnie! - ucieszyła się i klasnęła w dłonie. - To trzymaj się i wcielaj plan w życie słodka blondyneczko.
Kiedy podniosłam głowę, już jej nie było. Głośno wypuściłam powietrze z płuc. Postanowiłam, że poszukam Zayna. Ruszyłam więc dość chwiejnym krokiem w stronę stolika. Oczywiście, żeby nikt niczego nie zauważył, przybrałam tą bardziej radosną minę. Nie wszyscy siedzieli na swoich miejscach. Nie było Olafa, Sary, Tay, Harrego, Louisa i Liama. Niall wżerał właśnie porcję tortu, a Zayn tylko seksownie siedział na krześle. Opadłam obok niego i upewniając się, że Niall nic nie słyszy, nachyliłam się, by szepnąć mu na ucho.
- Zbierajmy się. Proszę.
Chłopak jak na zawołanie poniósł się, powiedział Niallowi, że jedziemy, złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę wyjścia. Po 5 minutach siedzieliśmy w samochodzie.
- Nie było chyba aż tak źle, co? - spojrzał na mnie z przekonującym uśmiechem, zaraz po tym jak jego pas kliknął. Wydęłam krzywo wargi i pokręciłam głową. Zayn odpalił silnik i wyjechał z podjazdu.
- Zatrzymasz się na jakiejś stacji benzynowej? Chce mi się siku. - dopowiedziałam, kiedy spojrzał na mnie pytająco. Pokiwał głową i dalej mknął ulicami Londynu.
Zaczęło padać. Ogromne zimowe krople deszczu głośno bębniły o blachy samochodu. A Zayn dalej niebezpiecznie szybko jechał...
- Zwolnij trochę. - poprosiłam.
- Myślałem, że masz potrzebę. - powiedział Zayn, patrząc na mnie krótko. Jednak mojej prośby posłuchał.
- Wolę się posikać niż zginąć. - skwitowałam, a brunet cicho zachichotał.
Po chwili zatrzymał się na jakiejś stacji benzynowej, kiedy moja sytuacja nie była aż tak.. groźna, lub jak kto woli - zaawansowana. Chwyciłam płaszcz, zrobiłam z niego coś w rodzaju dachu i pobiegłam do małego budynku. Na całe szczęście do toalet nie było kolejki. Załatwiłam pilną sprawę i weszłam do pomieszczenia z kasą. Nie było tu klientów. Zatrzymałam się, patrząc za plecy sprzedawcy. Głęboko zastanawiałam się, czy nie zajmie mi to zbyt wiele czasu. Z przyspieszonym tętnem sięgnęłam do, zawieszonej na moim ramieniu, małej różowej torebki. Wygrzebałam kilka funtów i podeszłam do sprzedawcy.
- Dobry wieczór. - przywitałam się.
- Co podać? - spytał, bez uśmiechu. Był bardzo zmęczony.
- Potrzebuję, żeby pan mi szybko powiedział, które papierosy są najlepsze. Nie za mocne ale i nie za słabe. Plus jeszcze zapalniczkę. - powiedziałam dość szybko, a serce przyspieszyło pompowanie krwi. Zmęczony chłopak odwrócił się, chwycił czarną paczkę i zwrócił się do mnie.
- 7 funtów. Mogą być? - spytał bez przekonania, mając głęboką nadzieję, że się zgodzę.
- Tak, proszę.- odpowiedziałam i rzuciłam drobne na małą tacę. 
Chłopak zmiótł je jednym ruchem dłoni i wrzucił do kasy. Ja natomiast chwyciłam czarny kartonik i zapalniczkę i wyszłam z budynku tylnym wyjściem. Było strasznie ciemno.
Stanęłam pod małym daszkiem tak, by nie zmoknąć oraz tak, by nie widział mnie Zayn. Rozdarłam folię i otworzyłam paczkę. Oderwałam kolejne sreberko i wyciągnęłam papieros. Włożyłam końcówkę do buzi, a drugą końcówkę podpaliłam zapalniczką. Tak jak uczył mnie Zayn zaciągnęłam się przy tym.
Zdecydowanie byłam dzisiaj w małym dołku psychicznym. Który albo się pogłębi, albo zniknie. Ale raczej to pierwsze. Ktoś groźbami kazał ci zmienić twoje życie. To tak jakbym nagle wyjechała na Grenlandię i wróciła, kiedy Karoline będzie w Polsce opiekowała się wnukami, lub nie wróciła w ogóle. Cała ta okropność mnie przytłaczała. Nie zauważyłam nawet kiedy z moich oczu pociekły łzy. Duszę miałam połamaną na małe kawałki.
Nagle usłyszałam szybkie kroki. Spojrzałam w tamtą stronę. Przez świecącą lampę, widziałam tylko zarys postaci. Zatrzymała się nagle, dostrzegając dym z mojego papierosa. A później puściła się biegiem w moją stronę.  Złapała mnie za ramiona i potrząsnęła gwałtownie, krzycząc :
- Oszalałaś ?!
Zayn bezpiecznie złapał papieros, wyciągnął go szybko z mojej buzi i wyrzucił prosto do kałuży. Deszcz z dachu skapywał na jego idealnie ułożone włosy... On jednak wciąż trzymał mnie za ramiona, a jego twarz była na wysokości mojej.
- Zabroniłem ci Cherry! - wykrzyknął emocjonalnie. 
Cały się trząsł. A ja ze strachem patrzyłam w jego oczy. Dopiero po chwili, dzięki odbijającemu się światłu w moich oczach, zauważył, że płaczę. Wyprostował się i ściągnął ręce z moich ramion.
- Coś się stało.. - stwierdził.
Wybuchnęłam głuchym płaczem.
- Tam była Ka...Karoline! I... I groziła mi! Kazała mi się z tobą rozstać i zrezygnować z filmu! Groziła.. Groziła, że zabije Olafa! - zaczęłam szlochać, jednak Zayn szybko przyciągnął mnie do siebie i chwycił w swoje ramiona. Stłumił wszystkie inne słowa, które chciałam jeszcze powiedzieć.
- Shhh... Jestem tutaj. Już dobrze. - uspokajał mnie cichym głosem.
Trwaliśmy tak chwilę w milczeniu, moknąc. Położyłam dłonie na jego klatce piersiowej i delikatnie się odepchnęłam.
- Ty też mi powiedz, co ci leży na sercu. Wróciłeś od Paula strasznie przybity. - powiedziałam dość żałośnie i wytarłam łzy dłonią. Zayn popatrzył na mnie jak na czarodziejkę. - Przykro mi, ale poznam po tobie wszystko.
Przez chwilę się wahał. Miał skrzywioną minę, owszem i co chwilę otwierał buzię, ale nie odzywał się przez długi czas. A ja wciąż płakałam...
- Kazał mi być z Perrie... - powiedział cicho ze spuszczoną głową.
Nie wiem, bo zgubiłam się w rachubie, ale po raz któryś w życiu, moje serce pękło na kawałki.

_______________________________________

Cześć! :D
Po pierwsze chciałam podziękować wszystkim, ale i każdemu z osobna, za czytanie tego oto nudnego opowiadania :D
Wiem, że to może trochę późno, ale zdałam sobie sprawę, że nie otrzymałam jeszcze ani jednego hejta... Co we współczesnym świecie jest takim fenomenem, że staje się codziennością. Więc, no... No w każdym razie - moi kochani hejterzy, jeśli jesteście, to się nie ujawniajcie, bo chcę żyć w przekonaniu, że jest dobrze :D ahh ta słodka nie wiedza... dobra koniec o mnie :D
Pytam i pytam, ale nikt mi nigdy nie odpowiada : CO U WAS WISIENKI !? :)
Liam ostatnio odpisał fance, że on nigdy nie robił swojej pracy domowej! Zły Tatuś !
To chyba tyle... 
Aha! Take Me Home platyną w Polsce yay! No.. :D
Wiśnia :D




środa, 5 grudnia 2012

Part 35

- No dawaj Cherry, otwieraj swoje! - wrzasnął Lou, wymachując różowymi bokserkami na wszystkie strony. Obdarzyłam go znaczącym spojrzeniem i sięgnęłam po prezent opakowany szarym papierem. Wyróżniał się spośród innych. Był jakby z innego świata, czy tam święta, w ogóle nie kojarzącym się z Bożym Narodzeniem.
Lou zeskoczył z fotela i uklęknął przy mnie zaciskając pięści. Wzrok miał wlepiony we mnie.
- Ten od ciebie, czy coś? - spytałam, unosząc brwi. Dopiero teraz rzucił okiem na owinięty szarym papierem prezent. Prychnął, podniósł się, mruknął coś pod nosem i wrócił na swoje miejsce.
Pokręciłam głową i delikatnie rozwiązałam szarą kokardkę. Ozdobny papier natychmiast opadł a moim oczom ukazało się, znowu szare, pudełko. Uchyliłam wieczko i zobaczyłam jakby taśmę... Złapałam za jeden koniec, wstałam i wyciągnęłam ową taśmę z pudełka. Rozwinęła się natychmiast. Megan zasłoniła buzię dłońmi, dusząc krzyk. Zmarszczyłam czoło, rzucając jej szybkie spojrzenie i obróciłam taśmę w swoją stronę. To nie była żadna taśma. Była to długa wstęga zdjęć, jakby album, obramowany czarną kliszą. Album oczywiście nie duży, bo zmieścić się mogło około dwudziestu zdjęć.
Usiadłam z powrotem i po kolei, z uwagą i coraz większym uśmiechem oglądałam włożone tam zdjęcia.
Pierwsze przedstawiało mnie i Nialla...
Na kolejnych zdjęciach albo ktoś mi towarzyszył, albo byłam sama, z uśmiechem na twarzy lub udawaną smutną minką.
Zdjęcie numer osiem spodobało mi się najbardziej. Był na nim utrwalony śmiech. Po prostu. Patrzysz na zdjęcie i słyszysz śmiech, przypominasz sobie dokładnie, co się wtedy wydarzyło. Dzięki temu zdjęcie posiadało swój własny czar... Zdjęcie przedstawiające mnie i Nialla, droczących się ze sobą...
Podniosłam głowę. Każdy był uważnie wpatrzony we mnie. Każdy z wyjątkiem... blondyna. Panowała dziwna cisza, słuchać było tylko kolędy, śpiewane przez gwiazdy w telewizji. Ponownie spuściłam głowę. Zauważyłam, że ostatnia luka była pusta...
- Dobra, teraz mój ! - krzyknął Lou, zerwał się się z miejsca i cisnął we mnie ogromną, czerwoną paczkę. W ostatniej chwili zasłoniłam twarz rękami, prezent odbił się od nich i głucho pacnął na podłogę. Liam jakby czytał mi w myślach, natychmiast mnie uspokoił.
- Nie jest szklany, nie bój się. - uśmiechnął się, a ja odetchnęłam. Lou posłał mu tylko jakieś wymowne spojrzenie, ale... mniejsza o to.

Nie zanudzając, a podsumowując mój świąteczny łów prezentów. :
Od Liama dostałam bardzo stylowy, naścienny organizer. Tłumaczył mi, że jeśli coś ominę, przy podpunkcie będzie paliła się czerwona diodka. Pomysłowe i przydatne, szczególnie dla mnie.
Od Harrego dostałam bardzo pojemną kosmetyczkę, lub jak kto woli - mini szafeczkę na kosmetyki. Wystarczyło otworzyć jedną szufladkę, by okazało się, że nawet na święta Hazza nie porzucił swojej jakże urokliwej osobowości zboczeńca. Tak. Kupił mi trzy paczki prezerwatyw.
Megan podarowała mi ogromnych rozmiarów budzik, koloru szaro-fioletowego.
- Jeśli go nie otworzysz i nie potrzymasz palca przez 10 sekund na tym małym pulpicie, nie przestanie dzwonić. - poinformowała mnie, gdy tylko wyciągnęłam owe cudo z papieru.
Adrian za to, już za wstępie uprzedził mnie, że miał problemy z wynalezieniem czegoś, co mogło by mnie ucieszyć. Nerwowo drapał się po głowie, kiedy otwierałam granatowe, miłe w dotyku pudełeczko. Prezentem były trzy złote bransoletki. Na każdej był wygrawerowany inny napis. Najbardziej spodobała mi się ta z napisem Always late. Taka jakby... no dobra. Właśnie taka byłam. Wiecznie spóźniona.
Od Nialla, jak już wcześniej było wspomniane, dostałam fantastyczny album ze zdjęciami.
Prezentem Lou okazała się nieszklana koszulka reprezentacji Anglii. Zdziwił mnie ten prezent, jednak, gdy odwróciłam ją na drugą stronę, zobaczyłam, w miejscu, gdzie powinno być nazwisko piłkarza, napis Cherry.
- Nigdy nie widziałem, jak grasz, jednak masz ode mnie powołanie na następny mecz kadry. - wypiął dumnie pierś Lou, niczym doświadczony trener. Hazza zręcznie walnął go w brzuch i ze śmiechem przybiliśmy piątki.
Olaf powiedział, że swój prezent dostanę dopiero po świętach. 
Najbardziej, co muszę przyznać ze szczerą prawdą, nie mogłam doczekać się prezentu od Zayna.
Ten jednak, gdy poszłam dorobić herbaty, poszedł za mną i oznajmił (całując mnie czule w czoło) iż wręczy mi go później.
- Mogę skorzystać z balkonu na górze? - zapytał, gdy wychodziłam z kuchni z trzema kubkami w dłoniach.
Odwróciłam się i spojrzałam na niego dość znacząco.
- Liam prosił mnie, żebym nie robił tego w święta, ale to całe rozdawanie prezentów, było jednak trochę stresujące. - przyznał ze wstydem w oczach, kładąc rękę na karku.
- To ja ci kupuję kaszlącą popielniczkę, żebyś rzucił, a ty i tak...
- Ale to tylko dzisiaj. Od jutra rzucam. Obiecuję. - przychylił lekko głowę w dół, patrząc mi prosto w oczy. To wystarczyło, by mnie przekonać.
- A mogę iść z tobą? - zapytałam, nie kryjąc cienia uśmiechu, po tym, jakim wzrokiem mnie obdarował.
- Chcesz wdychać te świństwa? - uniósł brwi. Wzruszyłam ramionami.
- Chcę iść z tobą. - uśmiechnęłam się jak małe dziecko. Zayn przewrócił oczyma, wziął dwa pozostałe kubki i ruszyliśmy razem do salonu.
Na górę dostaliśmy się dopiero po 20 minutach. Lou tak mi truł o swoim prezencie, że nie sposób było go olać i po prostu wyjść.
Zayn otworzył drzwi od balkonu i przepuścił mnie pierwszą, niczym dżentelmen.
Nie lubiłam grudnia. Mimo iż to ostatni miesiąc w roku, miesiąc świąt i niby powinien być radosny, nie był moim miesiącem ulubionym. Powietrze nie było przyjemne. Można by powiedzieć, że przenikało do szpiku kości. Całe szczęście, że nie było śniegu. Lekka mgiełka unosiła się nad ziemią, tworząc na prawdę ponurą atmosferę. Ponurą i przede wszystkim, na pewno nie radosną. Wydawało się, że tylko nienormalny człowiek mógłby uśmiechnąć się w taką pogodę. Nienormalny, wariat lub ja. Ja, czyli człowiek mimo wszystko szczęśliwy.
Dłonie Zayna oplotły mnie w tali, a jego głowa spoczęła na moim ramieniu. Po moim ciele rozpłynęło się urocze ciepło.
- Dobra, rób to co masz robić i wracamy, jest dość chłodno. - oznajmiłam obracając się do niego przodem. On spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem, westchnął i z powrotem mnie od siebie odwrócił.
- Zamknij oczy. - nakazał dość surowym tonem.
Po chwili poczułam jak chłodny metal przylega do mojego dekoltu. Jedna dłoń Zayna powędrowała do moich oczu, szczelnie je zasłaniając, a druga znów mnie obróciła.
- Najpierw musiałem zrobić to. - usłyszałam jego słodki szept. Ściągnął dłoń, a ja w końcu otworzyłam oczy. Brunet wpatrywał się we mnie z zaciekawieniem. Mój wzrok natychmiast powędrował w stronę owego zimnego metalu. Chwyciłam go w dłoń. Przez światło, które paliło się wewnątrz, dokładnie widziałam, iż Zayn podarował mi łańcuszek z wisiorkiem. Było to srebrne, wypukłe serce.
- Otwórz. - powiedział chłopak, ale tym razem jego głos brzmiał jak prośba.
Tak jak nakazał, tak zrobiłam. W środku tego niewielkiego serca było nasze wspólne zdjęcie. Z tego co pamiętałam, nie odzywaliśmy się wtedy do siebie. Dlatego na mojej twarzy gościł grymas, a na jego zaś... jedynie tajemnica.
Po drugiej stronie skrzydła była mała karteczka, z napisem : I'm only yours.
Podniosłam wzrok na Mulata. Uśmiechał się. A mi powoli szkliły się oczy.
- Dziękuję. - szepnęłam, nieco zachrypniętym głosem. Wspięłam się na palce i cmoknęłam go w usta, dłonią szukając jego kieszeni. On, zboczeniec, pomyślał pewnie, że zmierzam do czegoś innego, nic z tym nie zrobił. Ja jednak wymacałam prostokątny kartonik w jego spodniach i delikatnie go wysunęłam. Stanęłam prosto na nogach, odstępując od chłopaka na krok. Dopiero teraz zauważył, że zabrałam mu papierosy. Uniosłam paczkę na wysokość oczu i z lubością zapytałam. :
- Nie masz nic przeciwko, żebym spróbowała ?
- Oszalałaś? - głos Zayna przypominał syk na prawdę złego węża. - Dawaj mi to. - machnął ręką w powietrzu, gdyż szybko zdążyłam się odsunąć. - Marta nooo.
- Zayn nooo. - przedrzeźniałam go.
Kręciliśmy się w kółko. Ja uciekałam - on gonił. W końcu dopadł mnie i objął swoimi silnymi ramionami. Szamotaliśmy się tak chwilę, dopóki nie poczułam jak moje palce ześlizgując się z paczki.
- Czy ty w ogóle wiesz, na jakie niebezpieczeństwo byś się naraziła? Jeden papieros i po tobie. - wyciągnął jednego, podczas gdy ja splotłam ręce pod biustem.
- Przecież to tylko jeden. Jeśli paliłabym miesiąc to bym się uzależniła. Nic mi po jednym papierosie. Albo nawet po jednym zaciągnięciu. Czytałam o tym dużo Zayn. Każdy w mojej rodzinie palił kiedyś czy pali wciąż. Musiałam poznać sytuację, czym to grozi o tak dalej. Zaufaj mi, nic się nie stanie. - starałam się dobrać jak najlepsze argumenty. Co mnie do cholery wzięło na to świństwo? Nie wiem, ale pożądanie było ogromne.
 - Jesteś pewna? Boję się, że się uzależnisz, a to będzie tylko i wyłącznie moja wina... - mruknął chłopak, w jednej dłoni trzymając papierosa, w drugiej czarną zapalniczkę.
- Zaaayn... - przeciągnęłam, zwracając wzrok ku górze.
- Oj dobra... Włóż go do buzi. - powiedział wyciągając dłoń z papierosem w moim kierunku. Spojrzałam na niego wielkimi oczyma.
Przez następne 2 minuty śmiałam się jak głupia, a on uspokajał mnie, mówiąc, że nie miał nic zboczonego na myśli. Cóż... ja miałam, a to wystarczyło.
Włożyłam, tak jak kazał, do ust i czekałam na dalsze instrukcje.
- W momencie gdy podpalisz papieros, wciągnij mocno powietrze do płuc. - rzekł i podał mi zapalniczkę.
Chwyciłam papieros w dwa palce i podsunęłam do niego czarny przedmiot. Kliknęłam, nie wahając się za bardzo, a gdy papieros zaświecił czerwonym żarem, mocno pociągnęłam. Zayn zabrał ode mnie zapalniczkę. Wyciągnęłam papierosa z ust, odsuwając go kawałek od siebie. Poczułam niezbyt piekący ból w gardle. Nic po za tym. Wypuściłam powietrze z płuc i spojrzałam na Zayna.
- Musisz jeszcze raz. - zachęcił mnie.
Zrobiłam tak, jak powiedział.
Dlaczego ludzie widzieli w tym aż takie zło? Nie czułam przecież, jak gdyby pożar wypalał moje płuca lub serce. Tak na prawdę... w ogolę nie widziałam w tym nic złego. Po za jednym...
Po chwili moje gruczoły, lub jak kto woli, ślinianki, zaczęły pracować na podwójnych obrotach. Plułam, choć to niegrzeczne, praktycznie za każdym zaciągnięciem. A Zayn? Śmiał się pod nosem, paląc swoją fajkę.
- Tylko nie żuj filtra. - powiedział 2 minuty później.
- Co to znaczy? - spojrzałam na niego zagubiona.
- Gdy papieros się kończy, dochodzi do tej czarnej kreski, widzisz? - podszedł do mnie i jak małemu dziecku - wskazał palcem czarną linię, okręcającą fajkę dookoła. - Na oko zostało ci ostatnie zaciągnięcie. Później zgaś i wyrzuć. - powiedział lekko, wzruszając ramionami.
- Czuję się na jakimś kursie. - mruknęłam, biorąc papierosa do ust. Jak się później okazało - nie był to ostatni raz...
- A propos kursu. Nie dostałaś ode mnie tylko naszyjnika. - rzucił mi krótkie spojrzenie brunet. Zamachnął się i wyrzucił fajkę daleko za płot, na ulicę.
- Co takiego? Wiesz dobrze, że nie lubię prezentów. - uniosłam brwi do góry w buntowniczym geście.
- Wiem. Ale i tak będziesz go mogła używać za jakiś czas. Z tego co mówiłaś, jeśli dobrze pójdzie to już po nowym roku. - powiedział tajemniczo, chwycił mnie za rękę i poprowadził do drzwi.
- Dlaczego ty do cholery jesteś taki tajemniczy? - zmarszczyłam czoło.
- On kurczę, bym był zapomniał. Musimy umyć ręce. - zatrzymał się nagle i skręcił w stronę łazienki. Fak jea za zmianę tematu Malik! Postanowiłam jednak odpuścić.
Mycie rąk skończyło się na tym, że on miał całą koszulę, a ja sukienkę, mokrą.
- To jest prawdopodobnie najgorsza wizualna i techniczna wada palenia. Zapach rąk nie jest zbyt miły. Ale nie tylko rąk. Jeśli trzymasz papierosa blisko siebie, śmierdzą też ciuchy. Ale przede wszystkim... - tu zrobił małą pauzę, odrzucił ręcznik i nachylił się nade mną. Pocałował mnie, po chwili językiem rozchylając moje wargi. Ten pocałunek zapadnie mi w pamięć. Był okropny.
Zayn odsunął się ode mnie i spojrzał mi w oczy.
- Już wiesz co jest najgorsze? - zapytał.
- Jak się tego pozbyć? - zmarszczyłam czoło i chuchnęłam sobie w dłoń. Zapach był okropny.
- Gumy do żucia. Ewentualnie czymś zagryźć. A jeśli jesteś w dziczy, to po jakiejś godzinie czy dwóch samo mija. Tylko pamiętaj, że zawsze od ciebie wyczuję, kiedy zapalisz. - pomachał mi palcem przed nosem. Zgasił światło i wyszedł z łazienki. Przewróciłam oczami i poszłam za nim.
- Poczekaj, wezmę gitarę! Mam dość angielskich kolęd, w tym domu są Polacy, do cholery. 

*

- Marta, szybciej proszę! Pindrowałaś się cały dzień, na pewno wyglądasz świetnie! - usłyszałam krzyk Olafa z dołu.
- Idę, nie sikaj ! - odkrzyknęłam, chwyciłam za pasek torebki i zbiegłam do przedpokoju.
Mój brat stał z otwartą buzią koło drzwi, z kluczykami w ręce. Nałożyłam szybko szpilki na stopy i narzuciłam płaszcz na siebie.
- Dobra, jestem gotowa. - wyprostowałam się, wypuściłam głośno powietrze z płuc ze świstem, opuszczając ramiona i spojrzałam na brata. - A tobie co? - zmarszczyłam czoło.
- Nic a nic. - Olaf potrząsnął głową i otworzył drzwi. Spojrzałam na niego z pod byka z uśmiechem.
- Popraw ten krawat, mój szofer musi dobrze wyglądać. - uśmiechnęłam się bardziej szyderczo i podeszłam do brata, wydając dźwięki obcasów na kafelkach.
- Zamierzasz mnie komuś przedstawić? No właśnie, nie masz czasem jakieś ciekawej, wolnej koleżanki? Nudzi mi się w wolnym czasie... - marudził.
Poprawiłam mu krawat i cmoknęłam go w policzek. Dzięki wysokim butom, mogłam zrobić to bez problemu.
- Coś pomyślę. Chodźmy już. - klepnęłam go w ramię i wyszłam z domu. On, jakby naburmuszony lub lekko smutny, powlókł się za mną, uprzednio zamykając dom.


Podjechaliśmy pod ogromny i nowoczesny hotel w północnym Londynie. Gdy tylko samochód się zatrzymał, moje drzwi natychmiast otworzył jakiś młody chłopak. Wysiadłam, patrząc na niego ze zdumieniem. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że to jego praca.
- Mogę poprosić kluczyki? Odwieziemy pański samochód na parking. - powiedział niskim jak na niego głosem do Olafa, który właśnie do mnie podszedł. Rzucił mu, również ze zdziwieniem, kluczyki i spojrzał na mnie. Chłopak ubrany w garnitur natychmiast obszedł auto dookoła, wsiadł i odjechał.
- Czujesz się jak gwiazda, co? - walnął mnie w ramię z głupkowatym śmiechem pod nosem. Przewróciłam teatralnie oczyma i wskazałam na paparazzich, czających się przed wejściem, które znajdowało się dobre kilkadziesiąt metrów stąd.
- Ty też się zaraz poczujesz, już tu lecą. Nie zrób mi siary, dobrze? - poprosiłam przesłodzonym od złośliwości głosem.
Jak baranki na rzeź, obeszliśmy piękne ogrody, sadzawki i tego typu rzeczy i stanęliśmy przed wejściem. Duża grupa fotografów zagrodziła nam drogę. Flesze błyskały dosłownie z każdej strony. Olaf, dodając mi odwagi, objął mnie ramieniem, ale ja i tak myślałam, że oślepnę.
Przebiliśmy się do środka dopiero po 5 minutach. Znów pojawił się obok nas młody chłopak, prosząc, tym razem, o nasze płaszcze. Później wskazał nam grzecznie ręką, gdzie powinniśmy pójść, więc w ową stronę ruszyliśmy. Pchnęłam kolejne drzwi, przy których stała obsługa, i znalazłam się w śnieżnobiałej sali. Musiałam kilka razy mrugnąć, by przyzwyczaić oko do tak dużej ilości bieli. Monumentalna choinka (zgadnijcie na jaki kolor przystrojona) stała na samym końcu sali. Przed nią rozstawiona była scena, wyglądająca jak ośnieżona łąka, czy coś tego typu. Dookoła porozstawiane były stoliki kilkuosobowe, przystrojone czymś błyszczącym, trudno było mi dojrzeć z tej odległości, cóż to dokładnie było. Kelnerów było mnóstwo. Stali porozstawiani każdy, przy jednym stoliku. Przypomnę tylko, że gości miało być około 500. W tym najwięksi celebryci...
Spojrzałam w dół. Kafelki przystrojone były sztucznym, błyszczącym śniegiem, który już zdążył przykleić się do moich różowych butów. Zwróciłam głowę ku Olafowi. On również z zaciekawieniem przyglądał się wszystkiemu dookoła.
- Znajdźmy resztę. - powiedział po chwili. Rozejrzałam się po sali.
- To nie będzie trudne, już widzę czerwoną kieckę Taylor. - uśmiechnęłam się pod nosem i wskazałam palcem na dziewczynę, stojącą obok jakiegoś wyjątkowo przystojnego kelnera.
- Myślałam, że będziesz szukać Zayna... - zmarszczył czoło mój brat, patrząc na mnie.
- Napisał mi, że dopiero wyjechali, nie spinaj się. - przewróciłam oczami i ruszyłam w stronę dziewczyny.
Przywitała mnie jak zwykle, uwieszeniem mi się na szyi i gadką, jak to bardzo za mną tęskniła.
- Ślicznie wyglądasz. - powiedziała Sara, która właśnie pojawiła się zza pleców Tay. - Gdzie kupiłaś tak świetną sukienkę? - zapytała, łapiąc na jej rąbek i macając ją palcami.
Już miałam otworzyć buzię, żeby jej coś uświadomić, kiedy mnie uprzedziła.:
- A no tak... Tylko ja mam tak niesamowite wyczucie stylu i gustu. - powiedziała skromnie, uśmiechając się jak ostatni cwaniak. Walnęłam ją delikatnie w ramię.
- Baby i ich gadanie o ciuchach. - mruknął pod nosem Olaf, niemal niesłyszalnie, a brązowowłosy kelner parsknął śmiechem. Wbiłam mu łokieć w żebra, mając na celu uświadomienie mu, żeby powiedział coś miłego. Poskutkowało. - A wy obydwie kupiłyście takie same zestawy w innych kolorach i tylko powymieniałyście się elementami? - uniósł jedną brew patrząc na Tay i Sarę.
Poniekąd miał rację. To co jedna miała na czarno, druga miała na czerwono. Ja odebrałam to na pewno jako nie komplement, a coś chamskiego. Dziewczyny chyba też, bo spojrzały na niego spod byka. Natychmiast się poprawił.
- W każdym razie, efekt jest niesamowity. - uśmiechnął się firmowo, ukazując swoje proste zęby. Gdyby nie był moim bratem, lub gdybym była na miejscu dziewczyn, serce zaczęłoby bić mi szybciej.
Ale istniał tylko jeden jedyny chłopak, dzięki któremu moje serce tak właśnie reagowało. Zastanawiałam się tylko, gdzie jest, kiedy będzie i czy o mnie myśli... Bo ja myślałam o nim bez ustanku...

Zayn

- Kolejna grupa tych zniewieściałych dupków! - powiedział ze złością Tommo, kiedy nasza limuzyna stanęła pod hotelem, w którym miał odbyć się bankiet.
- Dobrze wyglądam? - zapytałem, przeglądając się swojemu odbiciu w szybce telefonu.
- Tak, jak zwykle, wyglądasz jak zjarany, czarnowłosy potwór. - bąknął pod nosem Niall. Nastąpiła chwila ciszy, a później wszyscy, włącznie z kierowcą, wybuchnęli śmiechem.
Wysiedliśmy z samochodu w dobrych humorach. Paparazzi, widząc nasze szerokie uśmiechy, zrobili kilka zdjęć, a później grzecznie rozstąpili się sprzed wejścia. Zdziwiło nas to, bo zawsze starali się wyprowadzić nas z równowagi, byle by tylko uchwycić z fleszem jakąś sytuację.
Weszliśmy, oddaliśmy nasze płaszcze i ruszyliśmy w stronę, pięknie przystrojonej, sali bankietowej.
Wszyscy goście siedzieli już na swoich miejscach, a na scenie trwał występ. Na oko - nastolatkowie - przedstawiali jasełka. Ruda dziewczyna właśnie śpiewała Last Christmas.
Kelner chwycił mnie za ramię i wskazał nam nasze miejsca. Ruszyliśmy więc z chłopakami w tamtą stronę. Już z daleka mogłem dojrzeć jej lśniące, blond włosy, jej idealnie dobraną bladoróżową sukienkę, jej ruchy, kiedy obdarowała oklaskami rudą artystkę. Kiedy dzielił nas jedynie stolik rozbrzmiała All I want for Christmas śpiewana przez Conor'a Maynard'a i Perrie Edwards z Little Mix. Rzuciłem tam na prawdę szybkie spojrzenie, ale nawet ono wystarczyło, by móc stwierdzić, że członkini zespołu wyglądała dziś na prawdę okropnie. Skrzywiłem się pod nosem.
Położyłem dłonie na oparciu krzesła mojej ukochanej blondynki, nachyliłem się i równo z artystami na scenie, cicho zaśpiewałem. :
- All I want for Christmas is you.
Cherry odwróciła się z szerokim uśmiechem na twarzy, patrząc mi głęboko w oczy. Ponownie się nachyliłem i złączyłem nasze wargi razem. Ale tylko na chwilę. Później opadłem na krzesło obok niej i położyłem dłoń na jej udzie.
Wszyscy, którzy dziś występowali, byli na prawdę utalentowani. Pomyślałem, że jestem nikim z moim.. talentem. Tylko ona rzucała na mnie ten blask, dzięki któremu czułem się i najlepszy i najszczęśliwszy.
Z rozmyślań wybudził mnie Liam.
- Paul chce cię widzieć. Jest za sceną. - szepnął do mnie, delikatnie mnie szturchając. Zrobiłem pytającą minę, jednak ten tylko wzruszył ramionami. Powiedziałem Marcie, gdzie idę i podniosłem się z miejsca.
Kilka głów zwróciło się w moją stronę, kiedy przechodziłem między stolikami. Czułem się mniej więcej jak pies... przepraszam. Modelka na wybiegu, bo każdy mierzył mnie od stóp do głowy. Przełknąłem ślinę i przyspieszyłem kroku.
Paul rozmawiał z głównym menadżerem Modest'u a obok stała... Piękna Perrie Edwards z Little Mix.
- O Zayn, dobrze cię widzieć. - uściskał mi rękę pan Richard. Skinąłem grzecznie głową i uśmiechnąłem się. Później przeniosłem pytający wzrok na Paula, który trochę się zmieszał. Klasnął cicho w dłonie, jakby miało mu to dodać odwagi i zaczął mówić.
- Nie chcę ci mącić w głowie, z racji tego, że są święta...
- Chociaż i tak zaraz mu powiesz to, czego nigdy w życiu nie chciałby usłyszeć. - skinął uprzejmie głową pan Richard, w przeprosinach za przerwanie. Paul rzucił mu krótkie spojrzenie i znów zaczął mówić.
- W każdym razie, przejdę do rzeczy. Będziesz miał dziewczynę. - powiedział, uśmiechnął się pocieszająco, a ja myślałem, że moje nogi właśnie zamieniły się w jakąś miękką gąbkę.

______________________________________________________________

Siemcia, hejcia, joł! :)
Co u was?
Przepraszam bardzo, że prawie miesiąc zajęło mi pisanie tego rozdziału, ale ktoś jak się uczepi, to tak łatwo nie odpuści. Nie zacznę na ten temat pisać, bo jak się rozgadam to już koniec...
Więc tak .. Payzer znowu razem, ja skaczę z radości a Harry trzyma za rękę Taylor Swift. Tylko go zobaczę, a ma soczystego kopa w dupę.
Chyba tyle w temacie. Zasada wciąż obowiązuje. (3 komentarze)
Może wyrobię się z następnym rozdziałem do świąt, ewentualnie do sylwestra, sorry not sorry, ja też mam życie :)
Trzymajcie się ciepło w te zimne dni!
Wiśnia :D


                                              moim zdaniem - ich najlepsza sesja everrr.


niedziela, 11 listopada 2012

Part 34

Liam

- Boże, te święta będą paskudne. - usłyszałem mruknięcie Lou.
Wychyliłem się z fotela, by ujrzeć jego markotną minę. Opierał się o framugę drzwi w salonie, a wzrok miał wbity w podłogę.
- Dlaczego? - zapytałem, marszcząc czoło.
- Bo muszę spędzić go z idiotami, a nie mogę z rodziną... - kopnął niewidzialną piłkę.
Przewróciłem oczami i opadłem na fotel, zamykając oczy. Ból głowy nie dawał mi ostatnio spokoju.
- A Danielle nie przyjedzie? - odezwał się po krótkiej chwili Lou.
- Ah.. pojechała... gdzieś tam. - machnąłem ręką, wciąż z zamkniętymi oczyma. Usłyszałem ciche prychnięcie. Uniosłem delikatnie jedną powiekę i zauważyłem, że Lou z progu przeniósł się na fotel przy drzwiach.
- Nie obchodzi go, gdzie jego ukochana druga połowa się podziewa, no co za... cóż ta telewizja i ta cała komercja robi z człowiekiem! Jezu! - niemal wykrzyczał Louis, uderzając dłonią o skórzany fotel.
- A gdzie twoja druga połowa, hmmm? - zapytałem, kręcąc głową.
Lou , z podłogi, przerzucił wzrok na mnie. Najpierw miał zmarszczoną minę i złość wypisaną na twarzy. Chwilę później pojawiło się zakłopotanie, a oczy zaczęły błyszczeć.
- Ja... - zaczął, jednak przerwało mu głośne trzaśnięcie drzwiami.
Natychmiast poderwaliśmy się z foteli i w trybie błyskawicznym znaleźliśmy się w przedpokoju. Tryb błyskawiczny okazał się jednak zbyt wolny, ponieważ Pan Hałaśliwy już wbiegał po schodach. Westchnąłem i spojrzałem na Lou. Ten wciąż gapił się na uciekającego Nialla.
- Już nie wiem co robić... - mruknąłem załamanym tonem.
Wziąłem głębszy oddech, sięgnąłem po kurtkę, włożyłem buty i nie zważając na dziwne miny Lou, wyszedłem z domu.
Ucieczka nie była najlepszym rozwiązaniem, ale.. no, jakimś tam była. Przynajmniej mogłem poprzyglądać się ludziom, posłuchać wszystkich dźwięków towarzyszącym centrum Londynu i czuć.. czuć tą całą, niby przereklamowaną, magię świąt.
Zewsząd nadciągały dźwięki dzwonków, śmiechów, chichów, srichów, zamykanych drzwi, czyli ponownie - dzwonków, jakiegoś na prawdę przezabawnego Ho Ho Ho! wypowiedzianych z ust starca ze sztuczną brodą w czerwonym stroju, uwydatniającym ogromny brzuch czy słowa matki do córki ,,Jesteś za duża na taką drogą lalkę!".
Jednym słowem... lub kilkoma : muszę znaleźć jakieś ciche miejsce bo zamorduję kogoś ze szczególnym okrucieństwem, trafiając tym samym do ośrodka dla młodych, agresywnych psychopatów.
No właśnie.. Skąd we mnie tyle agresji? Po prostu.. udziela mi się cała ta, domowa wręcz, atmosfera.
 Znacie to uczucie, kiedy nagle dostajecie olśnienia, jakby ktoś niewidzialną dłonią zapalił taką małą żaróweczkę w waszej głowie? I nagle czujesz się najmądrzejszym, najbardziej inteligentnym człowiekiem na Ziemi... Jednym słowem : geniusz.
Owe uczucie sprawiło, że moje nogi zostały zatrzymane jakby przez magiczną siłę. Drugim skutkiem było to, że jakaś pani obładowana świątecznymi reklamówkami wpadła na moje plecy.
Z resztą.. nie ważne.
Dlaczego ja się po prostu nie wyprowadzę? Gdzieś na przedmieścia... Z Danielle... Z dala od tego wszystkiego.
Ze szczerym uśmiechem, wymalowanym na twarzy, ruszyłem przed siebie, obserwując ludzi.


Cherry

- Pewnie, że nie! Wchodźcie szybko i tak już przemarzliście do szpiku kości. - machnęłam ręką na białych od śniegu przybyszy, którzy właśnie przekroczyli próg. Zamknęłam drzwi i ruszyłam do kuchni, rzucając po drodze ,, Goście, Olaf, ubieraj się!".
- Czego się napijecie? - zwróciłam się do bruneta i jego siostry, która chyba nieco zawstydzona, chowała się trochę za jego plecami.
- Waliyha, daj spokój. - warknął cicho Zayn, jednak uśmiechnął się porozumiewawczo. Stanęłam przodem do gości z kawą i herbatą w dłoniach, wciąż robiąc pytającą minę. Brunet odchrząknął i szturchnął siostrę łokciem. Ta obrzuciła go lekko oburzonym spojrzeniem, jednak cichym głosem odpowiedziała.:
- Herbaty, poproszę. - przeniosła wzrok na mnie i uśmiechnęła się skromnie. Mieli identyczne oczy i uśmiechy... tak strasznie przypominała brata...

Po 5 minutach całą trójką siedzieliśmy w salonie. Olaf uciekł gdzieś na górę.
- O której musisz być? - zapytał Zayn, patrząc na mnie tym swoim kokieteryjnym spojrzeniem.
Przełknęłam głośno kawę i odwinęłam rękaw swetra, by spojrzeć na zegarek.
- O 17 muszę być... - odpowiedziałam, delikatnie marszcząc czoło. - Nie jesteście głodni ? - zapytałam dwójkę rodzeństwa, podnosząc wzrok. Obydwoje kręcili głowami w zaprzeczeniu.
Trwała niezręczna cisza. Waliyha prawdopodobnie wciąż była nieco zawstydzona. Identyczny brat... Zayn nie spuszczał ze mnie wzroku. Ja natomiast tępo gapiłam się w telewizor, dokładnie powtarzając wszystkie kroki.
- A mogłabyś coś zatańczyć? - te słowa kilkakrotnie zabrzmiały w mojej głowie, zanim do mózgu dotarł ich dokładny sens. Wzdrygnęłam się, choć niespecjalnie, i odkładając filiżankę na stolik, przerzuciłam wzrok na małą brunetkę. Uśmiechała się szczerze, a w oczach miała błysk podekscytowania. Zayn przypatrywał się temu wszystkiemu z uwagą.
- Co dokładnie chciałabyś zobaczyć? - zapytałam, choć odpowiedź można było wyczytać z oczu. Uśmiechnęłam się szeroko i spojrzałam badawczo na dziewczynkę.
- Wiesz... chciałabym zobaczyć moonwalk... - wyznała, rumieniąc się nieznacznie.
Zayn wyprostował się i spojrzał na mnie jakby... triumfalnie... Cokolwiek miał na myśli.
Ponownie posłałam Waliyhi uśmiech, na Zayna popatrzyłam spod byka, wstałam i obeszłam kanapę do około, by znaleźć trochę miejsca. Brunetka uklękła na kanapie i położyła ręce na jej oparciu, by wszystko dokładnie widzieć.
Stanęłam tak, że nie widziałam reakcji rodzeństwa. Jednak, gdy wzięłam głęboki oddech i zrobiłam owy słynny krok, nie mogłam nie usłyszeć jak Waliyha powstrzymywała się przed piskiem.
Zerwała się natychmiast, podbiegła do mnie i niemal rzuciła mi się na szyję.
Zayn obrzucił mnie długim spojrzeniem i uśmiechem, który odwzajemniłam.
- Nie ma to jak spełniać marzenia dzieci. Mam nadzieję, że na koncercie połamiesz nogi. - powiedział z udawaną złośliwością.
Wyprostowałam się, a Waliyha mnie puściła.
- Tylko żebyś mi nie wykrakał. - pogroziłam mu palcem.
Zayn zaśmiał się krótko i skinął głową na drzwi, mówiąc:
- Zbieramy się?
Kiwnęłam głową i ruszyłam w stronę przedpokoju, zaraz za małą brunetką.

*

- Trzymamy kciuki. - powiedział Zayn, parkując całkiem niedaleko sceny.
- Będę w pierwszym rzędzie, pomachasz mi? - zapytała Waliyha, słodko uśmiechając się i wychylając zza mojego siedzenia.
- Jeśli mi się uda, to wezmę cię na scenę. Jeśli oczywiście Cher pozwoli. - puściłam jej oczko, na co ona uśmiechnęła się szerzej. - A reszta będzie? - zwróciłam się do Zayna.
- Nie mam pojęcia. Ale wątpię by przegapili taki koncert.
- Dlaczego nie zaprosili was? W końcu Cher też jest z X Factora... - spekulowałam.
- No tak, ale... To tylko i wyłącznie produkcja zarządu Cher, my nie możemy się wtrącać. Z resztą i tak jesteśmy lepsi, Lloyd może nam co najwyżej lizać pięty. - powiedział bardzo skromnie.
Wymieniłyśmy z Waliyhą znaczące spojrzenia po czym wybuchnęłyśmy śmiechem.
- Dobra zbieram się. Przygotuj się, jeśli ci pomacham. - uśmiechnęłam się do brunetki i otworzyłam drzwi.
- Czekaj, nie pożegnacie się? - zapytała dziewczyna, kiedy moje nogi były już na zewnątrz samochodu.
Zatrzymałam się w połowie ruchu i szybko obejrzałam się przez ramię. Waliyha patrzyła na mnie, jakby zaszło nieporozumienie. Zayn zaś, patrzył na mnie z lekkim przerażeniem, ale i uśmiechem.
Cofnęłam z powrotem nogi i zbliżyłam się do Zayna. Starałam się pocałować go w policzek, jednak on przekręcił głowę w taki sposób, że nasze usta się spotkały.
Odsunęłam się, posłałam im ostatni, krótki uśmiech i wysiadłam z auta, czując jak moje wnętrzności wyparowują, a serce czuć w każdej części ciała. Uśmiechnęłam się pod nosem i ruszyłam w stronę szatni i przyczep organizatorów.


- Boże, Cherry, tęskniłam ! - usłyszałam, a następnie poczułam ogromną siłę na ramionach i burzę czerwonych włosów na oczach.
- Ja też, Sara, ale widziałaś mnie wczoraj. - wydusiłam.
Tancerka rozluźniła uścisk, uszczypnęła mnie w policzki i unikając mojej ręki, schowała się za Taylor.
- Co u Ciebie? - zapytała na przywitanie. Uśmiechnęła się i cmoknęła mnie w policzek.
- W porządku, a u Ciebie? - spytałam, ściągając płaszcz.
Brunetka przewróciła oczami, miną wskazując na Sarę.
- Leci. Uważaj na Kyle'a. Jest dziś jakiś... nieswój. Na prawdę. - uniosła ostrzegawczo brwi.
Ruszyłam do wolnego miejsca między Niną a Dereckiem, nie spuszczając wzroku z Tay.

Po 10 minutach, kiedy już przebrana zerkałam na telefon, do szatni weszła Cher, jak zwykle, z promienistym uśmiechem.
- Gotowi? - zapytała, spoglądając na Chada, który zaplątał się, ubierając koszulkę.
Niektórzy cicho zachichotali, inni - nie zwracając na to uwagi, po prostu siedzieli w skupieniu, czekając na to, co powie Lloyd. Dziewczyna nie powiedziała jednak nic na temat nie ogarniętego chłopaka, ale od razu przeszła do rzeczy.
- Słuchajcie, to nasz ostatni koncert, ale ma całkiem inne znaczenie. Naszym zadaniem, czy tam celem jest dzisiaj uśmiech każdego, na kogo spojrzymy. Dajmy im poczuć magię świąt, i tak są zaganiani, a nie o to chodzi w tym całym Bożym Narodzeniu. Zrozumieliście przekaz, tak mniej więcej? - zapytała, rozkładając delikatnie dłonie. Wszyscy kiwnęli głowami, a ona mówiła dalej.. - Tańcem i śpiewem można przekazać wiele, nawet nie zdajecie sobie sprawy JAK wiele. Pokażmy im, że święta mają znaczenie. No i... rozgrzejcie ich trochę, bo lato dzisiaj nie przyjechało po prezent, jeśli wiecie co mam na myśli. - skrzywiła się nieznacznie, klasnęła w dłonie i wskazała na drzwi, dając do zrozumienia, że czas przygotować się do wyjścia na scenę.
Wstałam szybko i ruszyłam w jej stronę. 
Cher jak zwykle ubrana w czarne kolory, mrugnęła do mnie i uśmiechnęła się szeroko.
- Nie będzie ci zimno? - zapytałam, unosząc brwi i wskazując na jej praktycznie gołe nogi.
Dziewczyna machnęła ręką i głową skinęła na widoczną stąd scenę.
- Już za 15 minut nie będziesz znała słowa ,,zimno". A co dopiero za godzinę! Wiem, że to świąteczny koncert, ale... to będzie żywy ogień! - niemal krzyknęła, a jej ręka wystrzeliła ku górze.
Rozejrzałam się wokół. Sara posłała mi znaczące spojrzenie. W jednym momencie nieco sceptycznie kiwnęłyśmy głowami, natomiast Taylor zachichotała. Kyle chyba dostał dzisiaj rano rózgę, bo był dziwnie grzeczny i spokojny.
- Eee... mam pytanie. - zaczęłam, ale Cher patrzyła całkiem w innym kierunku i podrygiwała nogą.
- Mmmhmm...
- Słuchaj, bo... na widowni jest dzisiaj pewna dziewczynka, i... pomożesz mi spełnić jej marzenie? - zapytałam, a brunetka jakby ocknęła się ze świątecznego transu i spojrzała na mnie.
- Mianowicie?
-Mogę pod koniec wziąć ją na scenę? A jeśli nie, to na backstage?
- Jasne. Tylko żeby nie przeszkadzała w układach. No i w takiej sprawie, przekaż jeszcze komuś, żeby kogoś wziął. Niech będzie więcej dzieci, a nie tylko jedno. - mrugnęła do mnie okiem i wyprostowała się, jakby strzelił ją piorun, bo rozległa się muzyka.
 Wszyscy tancerze napięli mięśnie, wzięli głębokie oddechy, choć powietrze było bardzo mroźne, i wybiegli na scenę, po drodze przybijając piątkę z Cher.
 Stanęłam jak zwykle w pierwszym rzędzie i według wyuczonego już, układu tanecznego, zaczęłam tańczyć, przyglądając się wspaniałym dekoracjom wokół sceny i widowni.
Ogromny na 20 metrów, dmuchany, Święty Mikołaj, trzy wielkie, przystrojone choinki, wszędzie czerwone ozdoby...
Przypominając sobie o danej obietnicy, spoglądnęłam na widownię, uważnie ją przeszukując.
 Waliyha z wielkim uśmiechem opierała się o barierkę, badając każdy ruch tancerza, obserwując wszystko bardzo dokładnie. Za nią stał Zayn, wyglądający jak Bóg z tym swoim kokieteryjnym uśmiechem i spojrzeniem, skierowanym na mnie. Obok niego stał Lou, śmiejąc się z czegoś i trzymając rękę na ramieniu Liama. Harry stojący nieco za Liamem, był jakiś posępny, ale cały czas rozglądał się na boki. Poszłam za jego spojrzeniem i zobaczyłam... Nialla. Olaf, Adrian i Megan stali całkiem niedaleko.
 Poczułam, że tracę równowagę, jednak w ostatnim momencie przytrzymałam się Alexis, stojącej obok. Całe szczęście, że staliśmy w małych od siebie odstępach.
Muzyka nieco zwolniła tempa, a na scenę wyszła Cher. Zaśpiewała swoje mocne, trzy kawałki, po czym zrobiła krótką przerwę, unosząc rękę w górę w stronę operatorów. Muzyka się zatrzymała, a brunetka zbliżyła mikrofon do ust, melodyjnie wołając.
- Wesołych Świąt! - według planu całego koncertu, muzyka powinna rozbrzmieć od razu, jednak nic takiego nie nastąpiło. Spojrzałam po tancerkach w pierwszym rzędzie. One również wyglądały na zdziwione, jednak cierpliwie czekały na rozwój zdarzeń.
Nagle dało się słyszeń dziwny dźwięk, jakby przekłucie ogromnego balona i ścięcie lin. Światła zamigotały kilkukrotnie.
To było uczucie, jakby wszystko się na chwilę zatrzymało, jakby wszystko działo się w zwolnionym tempie. To tylko głupi sen, zaraz się z niego wybudzę... Zacisnęłam mocniej powieki, ale ogromny ryk jaki nastąpił sekundę później, kazał mi je otworzyć. Krew podeszła mi do mózgu, który nagle zaczął myśleć racjonalnie.
Ogromny Mikołaj spadał wprost na scenę. Ludzie w panice przepychali się spod sceny, byle jak najdalej od pola, w które miała upaść dekoracja. Tancerze zerwali się i pobiegli do szatni, jednak ja dalej stałam na swoim miejscu. Ale nie tylko ja. Cher również wszystko obserwowała.
Nagle jakby wszystko wróciło do normy. Nie było już spowolnionego tempa, a krew wróciła do swojego naturalnego biegu. Ożywiłam się, podbiegłam do piosenkarki i chwyciłam ją za rękę, ruszając w stronę zejścia ze sceny.
Gdy tylko weszłam na schodki, Mikołaj rąbnął o scenę z głuchym rykiem.
5 minut później wszyscy byli już bezpieczni. Oddychając głęboko, z rękami na głowie, chodziłam w tą i z powrotem, sprawiając, że deski skrzypiały niemiłosiernie. Czy zdążyli uciec? ...
Nagle poczułam czyjąś rękę na swoim ramieniu, więc ze strachu podskoczyłam w miejscu. Złapałam się za serce i odwróciłam się, stając twarzą w twarz z Cher.
- Dziękuję. Zginęłabym, gdyby nie ty. - szepnęła, a następnie przytuliła mnie mocno.
- Nie ma za co. Każdy zrobiłby to na moim miejscu. - rzekłam rozdygotanym głosem.
Cher rozluźniła uścisk, a następnie spojrzała na mnie podejrzliwie, czytając każdą emocję z moich oczu.
- Czym się martwisz?
Przełknęłam głośno ślinę, choć gardło miałam całkowicie zaschnięte.
- Ktoś był.. Kim była ta dziewczynka? - zapytała brunetka, dostając coś na kształt olśnienia.
- Moja, mała... przyjaciółka. - odpowiedziałam zachrypniętym głosem, a kolana niemal się pode mną ugięły.
Nie zwracając już większej uwagi na Cher, ruszyłam w stronę swojej torby.
Wywaliłam wszystkie ciuchy na ziemię, w poszukiwaniu jednej ważnej rzeczy. Przewróciłam niemal wszystko na drugą stronę, jednak wciąż jej nie znalazłam. Czułam na sobie wzrok Taylor i Sary. Co jak co, ale musiało ty wyglądać.. Dziwnie.
- Kierwa...- zaklnęłam pod nosem.
- Co jest? - teraz Sara już w pełni wykazała zainteresowanie tym, co robię.
Wyprostowałam się i z mocno bijącym sercem spojrzałam na czerwonowłosą.
- Ktoś ukradł mi telefon.. - mruknęłam.
Jej reakcja była natychmiastowa. Wyciągnęła z kieszeni swoją komórkę, chwyciła moją rękę i niemal włożyła mi ją w dłoń, puszczając oczko.
- Nie martw się, na pewno nic im się nie stało. - odezwała się Taylor.
Wysiliłam się na uśmiech i spojrzałam na telefon Sary. Wystukałam numer i przyłożyłam komórkę do ucha. Z każdym sygnałem serce biło co raz mocniej, jakby oszalało.
- Halo? - usłyszałam po drugiej stronie.
- Zayn? Wszystko w porządku? - zapytałam nerwowo.
- Tak, tak, nic się nie stało. A ty? Jesteś cała? - wraz z jego słowami, odetchnęłam i usiadłam na miejscu zrzuconej wcześniej torby.
- Nic mi nie jest, ale ktoś ukradł mi telefon. A Waliyha? Chłopcy? - dopytywałam, z maską zamiast twarzy.
- Wszyscy cali, nic nam nie jest. - uspokoił mnie Zayn. - Ale.. dlaczego to się zawaliło?
- Jeszcze nic nie wiem.. Daj mi swoją siostrę, proszę.
- Ok... - mruknął i przekazał telefon małej księżniczce.
- Tak? - usłyszałam głos brunetki.
- Mała, wszystko git?
- Tak, uciekliśmy. Ja, Zayn i Niall siedzimy w samochodzie. - rzekła normalnym tonem. - A co z tobą?
- Nie martw się o mnie. Niall? Dlaczego? Myślałam, że pojedzie z chłopakami... - zmarszczyłam brwi.
- Nie mógł ich znaleźć w tym całym tłoku...
- A wiesz może co z moim bratem?
- Widzieliśmy go, nic mu nie jest.
- Całe szczęście. Poczekacie na mnie? Za 5 minut będę, tylko się przebiorę.
- Jasne. Pa! - pożegnała się i rozłączyła połączenie.
Odsunęłam telefon od ucha i zamknęłam oczy.
Nic im nie jest.. są bezpieczni..
- Chłopcy, dziewczęta słuchajcie. - usłyszałam głos Cher - Koncert jest odwołany, Mikołaj narobił za dużo szkód, ogarnięcie tego wszystkiego zajmie czas przynajmniej do jutra, ale... Wszyscy zostaliśmy zaproszeni na jutrzejszą imprezę.. Ktoś ujął, że to będzie jakiś uroczysty, świąteczny bankiet, więc... ubierzcie się ładnie. Nie dostałam informacji gdzie i o której, ale dam wam znać jutro rano, jak tylko się dowiem. - zrobiła krótką przerwę, jakby gorączkowo się nad czymś zastanawiała. - Cieszę się, że jesteście cali. Możecie iść. - powiedziała, odwróciła się, posyłając ostatni uśmiech i wyszła.

*

Otworzyłam drzwi samochodu drżącymi rękami, ściągnęłam torbę i wsiadłam, kładąc ją na kolanach. Radio było włączone, a leciała właśnie piosenka Michaela Jacksona. Spojrzałam najpierw na Zayna, później na Waliyhę, a następnie na Nialla. Blondyn wpatrywał się tępo w okno. Od jego niebieskich oczu odbijało się szare i ponure niebo... Chciałabym, żeby coś powiedział.. cokolwiek...
- Nikomu się nic nie stało? - wyrwał mnie z myśli głos Zayna. Westchnęłam cicho i zwróciłam wzrok ku niemu. Pokręciłam głową i uśmiechnęłam się pocieszająco.
- Całe szczęście, że wam nic nie jest. Ale wciąż martwi mnie to, że ktoś miał wstęp do naszej szatni i ukradł mi telefon. Nigdy coś takiego nie miało miejsca. - powiedziałam niemal na jednym wydechu i spojrzałam przed siebie.
- Ktoś ukradł ci telefon? - usłyszałam zdziwiony głos Nialla za sobą.
Zamarłam na chwilę, zdając sobie sprawę jak dawno nie słyszałam jego głosu. Przez krótką chwilę wydawało mi się, że to po prostu wytwór mojej wyobraźni.. chorej wyobraźni... bo tak bardzo chciałam go usłyszeć.
- Tak. - potwierdziłam, nieco zachrypniętym głosem.
Ta krótka wymiana kilka słów nie była nadzwyczajna, ale jednak miała miejsce. Odezwał się do mnie, nawiązał ze mną jakiś kontakt...
Nie ma to jak głupia świadomość, która wmawia własnemu rozumowi jakieś wymyślone rzeczy.
Nie zauważyłam nawet, kiedy Zayn odpalił silnik i znaleźliśmy się w sznurku do wyjechania z parkingu.
- Jak się podobało, mała? - odwróciłam głowę ku Waliyhi.
- Było genialnie. Szkoda tylko tego, co się stało. - uśmiechnęła się, choć wyglądało to jak grymas.
Nagle do Nialla zadzwonił telefon. Poszamotał się chwilę z kurtką i odebrał dobijające się połączenie. Wyglądało na to, że rozmawiał z kimś ważnym. Po skończonej rozmowie natychmiast zwrócił się do Zayna.
- Jesteśmy zaproszeni na jutro na jakiś bankiet świąteczny.
- O której? - zapytał Zayn, nie odrywając wzroku od drogi.
- Na 19. - odpowiedział, a w jego tonie było zero emocji.
- Paul dzwonił?
- Yhhmmm... - mruknął Nialler.
I tyle. Żadnej innej rozmowy nie udało się nikomu nawiązać dopóki nie podjechaliśmy pod mój dom.
- Przyjedziecie na kolację, prawda? - zapytałam Zayna. Kątem okna zobaczyłam, jak błyskawicznie Niall zareagował na słowo o jedzeniu.
Brunet kiwnął głową i uśmiechnął się uroczo. Odwzajemniłam to, pożegnałam się krótkim ,,Cześć!" i wysiadłam z samochodu.

*
- Olaf, chodź tu! - starałam się przekrzyczeć brata, który tańczył i śpiewał w salonie w czapce świętego mikołaja. - Olaf! - wydarłam się, aż poczułam piekący ból w gardle.
Przybiegł szybciej, niż się po nim spodziewałam.
- Zanieś to, zaraz przyjdą. - podałam mu dwa półmiski jedzenia i wskazałam na salon.
- Nie idziesz się przebrać? Zostajesz w tej sukience? - zapytał, unosząc brwi.
- A masz coś przeciwko? - spytałam z lekkim wyrzutem.
- Nie, nie.. śliczna jesteś, normalnie.. nie sory, nie potrafię kłamać. - zaśmiał się głupkowato i uciekł do salonu.
Pokręciłam głową i spojrzałam na zegarek, w momencie, w którym rozbrzmiał dzwonek do drzwi.
- Prezenty poukładałeś tak jak mówiłam? - rzuciłam do brata i podeszłam do drzwi. Ten zrobił przerażone spojrzenie i uciekł na górę.
Ponownie pokręciłam głową i nacisnęłam klamkę.
Zayn, Louis, Harry, Liam.. wszyscy ubrani w czapki świętego mikołaja, śpiewający jakąś nieznaną mi angielską kolędę - coś bezcennego.
Obładowani prezentami, przekroczyli próg i ściągnęli płaszcze i buty. Dopiero teraz zauważyłam, że przyszedł również Nialler.
- Wesołych Świąt. - mruknął, kiedy chłopcy poszli do salonu, ja zamykałam drzwi, a on ściągał buty.
- Nawzajem. - uśmiechnęłam się na krótko i ruszyłam w stronę kuchni.
W ciągu 20 kolejnych minut Lou rozpakował część swoich prezentów, Niall wyjadł prawie wszystkie krokiety, Liam nauczył barszcz jak nie wyparowywać oraz przyszli Adrian i Megan.
- Kto chce herbaty? - zapytałam, głaszcząc się po olbrzymim brzuchu.
- Ja poproszę. - powiedział Niall, równocześnie z Liamem i Adrianem.
 Wstałam z krzesła i zabierając kilak pustych talerzy, poszłam do kuchni. Kątem oka zobaczyłam, że Zayn również wstał.
- Pomogę ci. - usłyszałam za sobą, kiedy wkładałam naczynia do zmywarki.
Posłałam mu jeden ze swoich firmowych uśmiechów i oprałam się o blat, wcześniej nastawiając wodę w czajniku.
- Czymś się martwisz? - zapytał, przyglądając mi się uważnie.
- Nie, nie.. cieszę się, że nic się dzisiaj złego nie stało. I chyba pierwszy raz od wielu lat poczułam magię świąt. - uśmiechnęłam się pod nosem.
Malik zbliżył się do mnie i pogładził mnie po włosach. Spojrzałam wprost w jego czekoladowe oczy i wystarczyła chwila, a całą mnie pochłonęły.
- Jesteś taka wspaniała.. - wyszeptał i jeszcze bardziej się zbliżył.
Zamknęłam oczy i następne co poczułam, to smak jego ciepłych, miękkich ust...


____________________________________________________________

Nie wiem co by wam tutaj nabazgrać...
Trochę świątecznie się zrobiło, no ale.. :D
Co sądzicie o Take Me Home? *.*
Jezu.. tak wiele się wydarzyło, a ja jestem z nich tak niesamowicie dumna...
No i pytanie : ciągnąć to dalej? Pisałam ten rozdział z dobry tydzień, starałam się wszystko dopiąć na ostatni guzik i.. wyszło? :)
Aa i jeszcze jedno... Zostawcie mi gdzieś w komentarzu lub na Twitterze swoje namiary, jeśli chcielibyście być informowani, bo całkiem się w tym wszystkim pogubiłam :)
Wiśnia :D





Nowa ... zasada?
3 komentarze = nowy rozdział :)
Myślę, że to nie dużo, a każdy może skomentować, przy odrobinie chęci. Nawet jedno słowo wystarczy. Dla ciebie to kilka kliknięć, a dla mnie? Olbrzymi kop w dupę i motywacja do szybszego pisania rozdziałów :)


środa, 7 listopada 2012

Powrót?

Cześć.. no dobra, wiem, że niektóre mają ochotę na mnie nakrzyczeć, ewentualnie zabić :)
Mam okropny nawał obowiązków i to prawdopodobnie jedyny wytłumaczalny i prawdziwy powód mojego zniknięcia bez wyjaśnień.
ALE...Ostatnio znalazłam czas by coś naskrobać.. co mnie zdziwiło, bo został tydzień do próbnych...
Pytaniem jest... Czy chciałybyście mojego powrotu? Chciałybyście wciąż czytać historię Cherry i idiotów w Londynie? Chciałybyście... dobra, nie potrafię zrobić nawet durnego napięcia.. mniejsza o to.
Więc jak? Jesteście na tak, czy nie? :)
Wiśnia :D
                                                                                         ONI NAS KOCHAJĄ *.*

wtorek, 14 sierpnia 2012

Dwa Tygodnie

Cześć ! To znowu ja :D
Nie wiem za bardzo, co powinnam tu napisać, chociaż wiem, że muszę...
Wiem, ze mało kto czyta posłowie, dlatego zrobiłam osobną notkę :)
Wyjeżdżam, więc nie będzie sensu tu zaglądać.
Tak jak w tytule : CO NAJMNIEJ dwa tygodnie :)
Nie będę miała jak pisać, tam, gdzie będę więc... będzie co nadrabiać jak wrócę.
Mam nadzieję, że spokojnie wypoczywacie sobie na wakacjach, leżąc plackiem na plaży :D
To właśnie zamierzam robić, więc wybaczcie, czy coś :D
Żegnam was, choć na krótko, ale żegnam :)
Wiśnia :D


Part 33

Rozdział powstał dzięki Beth :) DZIĘKUJĘ ! Miłego czytania :)
______________ 

- Gdzie jesteśmy? - spytała Megan, otwierając oczy.
- Za Londynem. Nie chciałem cię budzić... - powiedziałem, odpinając pas.
- Nie ma problemu... - ziewnęła przeciągle i szybko zasłoniła dłonią buzię. - Przepraszam. Jooj, ale mnie teraz wszystko boli... - przeciągnęła się i złapała za krzyż. Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Wysiadaj, i tak jest już ciemno. - rzuciłem krótko i otworzyłem drzwi. Usłyszałem ciche prychnięcie.
- Gdzie jesteśmy? - zapytała ponownie, podchodząc do mnie bliżej.
Na dworze panowała typowa zimowa szarówa. Robiło się coraz chłodniej i ciemniej, jednak wciąż doskonale widziałem stary budynek, przed którym stałem. Wieczorna pogoda nadawała mu nieco mroczności, choć zastanawiałem się, czy to nie wina obrastającego go bluszczu, który wybujał przez tyle lat. Gdzie nie gdzie brakowało dachówek, pewnie przez porywisty wiatr. Pojawiał się tu dość często robiąc wiele szkód. Szyby w oknach były zakurzone, jeśli w ogóle w owych oknach były. To wszystko świadczy o tym, że budynek był opuszczony od wielu lat. Dom nie wyglądał przyjaźnie, a wręcz odrażająco. Jednak było w nim coś magicznego, co przyciągało wzrok.
Wsiadłem na chwilę do samochodu nie zamykając drzwi. Megan popatrzyła się na mnie wymownym, pytającym wzrokiem, lecz ja odpowiedziałem jej tylko delikatnym uśmiechem skierowanym w jej oczy.  Przekręciłem kluczyk w stacyjce i zapaliłem krótkie światła auta.
Teraz wszystko stało się bardziej wyraziste, ale nie straciło mrocznego posmaku, który ciągle przerażał Megan. Dziewczyna nerwowo oglądała dom, a ja z uczuciem przyglądałem się jej poczynaniom. Najpierw rzuciła tylko okiem na rozbite szyby i rozrzucone opiłki szkła,które ozdabiały chodnikowy mech. Później postawiła kilka kroków w przód - pewnie po to by przyjrzeć się co jest w środku zardzewiałego mieszkania. Niepewnie podszedłem do niej, obejmując w pasie. Zadrżała i lekko skierowała głowę ku mojej twarzy. Uśmiechnąłem się, by dodać jej otuchy i rzuciłem długie spojrzenie na dom, wzdychając przy tym krótko. 
- Kiedyś spędzałem tu każde wakacje. - odezwałem się. 
Poczułem na sobie wzrok dziewczyny, więc zwróciłem głowę ku niej. W jej oczach widać było ciekawość ale i cień przerażenia. Chwyciłem jej dłoń i uśmiechnąłem się jeszcze szerzej.
- Chodź. Wejdziemy tam. - rzekłem, ciągnąc ją za rękę w stronę zestarzałych, szarych drzwi wejściowych. 
- Oszalałeś? - niemal krzyknęła Megan, zatrzymując się. Nasze dłonie rozłączyły się, przez co gwałtownie odwróciłem się w jej stronę.
- Nie bój się. Obiecuję, że nic się nie stanie. Obiecuję. - ostatnie słowo wyszeptałem jej wprost do ucha. Zacisnęła powieki i pokiwała głową, głośno przełykając ślinę. 
Ponownie chwyciłem jej dłoń i pociągnąłem w stronę wejścia.Tym razem posłusznie poszła za mną. 
Dotknąłem palcami zardzewiałej klamki i nagle, jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki, wszystkie wspomnienia powróciły.

 Głośny dźwięk telefonu wyrwał ze snu małego chłopca. Rozchylił swoje wciąż senne powieki i podniósł się na łokciach, uważnie przysłuchując się głosom w pokoju obok. 
- Nie możesz przyjechać Ray, Harry wciąż tu jest... 
Zaintrygowany chłopiec, słysząc zdenerwowany głos babci, szybko wstał z ciepłego łóżka. Podkradł się na palcach do białych drzwi i uchylił je odrobinę, kucając. Ujrzał starszą kobietę w kwiecistej sukience, nerwowo przechadzającą się po skrzypiącej podłodze kuchni. Zniewalający zapach domowych muffinek uderzył w nozdrza 7-latka. Błogi uśmiech wstąpił na jego dziecięcą twarz, przez co rozmowa telefoniczna nie docierała do jego uszu. Ocknął się chwilę później, gdy zorientował się, że stracił kobietę z pola widzenia. Kroki jak i rozmowa ucichły, co zaintrygowało chłopca. Teraz już mógł się ujawnić. Podniósł się z kolan i szerzej otworzył drzwi. Przekroczył próg kuchni i rozejrzał się, w poszukiwaniu starszej kobiety, lecz nigdzie jej nie dojrzał.
- Babciu? - odezwał się, robiąc krok na przód. 
Nie usłyszał odpowiedzi. Westchnął i podszedł do okna, opierając się o blat mebli. Zapach babeczek znów dał o sobie znać. Skierował wzrok w stronę ogromnego, fioletowego talerza, na którym znajdowały się ciastka. Uśmiechnął się lekko i wyciągnął rękę, że chwycić jedno.
- Zjesz je po śniadaniu, Harry. - usłyszał głos za sobą.
Odwrócił się gwałtownie, dostrzegając uśmiechającą się, starszą kobietę, ze splecionymi pod biustem rękami. Chłopiec odwzajemnił gest i przywitał się jak na wnuka przystało, podchodząc i wtulając się we wcześniej rozpostarte ramiona babci. 
- Przygotować ci twoją ulubioną jajecznicę? - zapytała kobieta, rozluźniając uścisk. 7-latek uniósł głowę i kiwnął nią krótko, uśmiechając się szeroko.

Chłopiec dojadał właśnie drugą porcję śniadania, kiedy starsza kobieta ze zmartwioną miną usiadła obok niego, kładąc na stół kubek gorącej herbaty. Wystarczyło by wnuk rzucił krótkie spojrzenie, a już wiedział, że coś jest nie tak. Zanim jednak zdążył przełknąć jedzenie, babcia odezwała się pierwsza, wbijając wzrok w oczy ukochanego wnuczka.
- Ktoś mnie dziś odwiedzi. Nie masz nic przeciwko? - zapytała z troską, która biła z jej oczu.
Chłopiec w odpowiedzi pokręcił głową i wziął kolejną porcję wciąż ciepłej jajecznicy.
- Może mógłbyś... wybrać się gdzieś z Ashley? Dziś wyjątkowo słoneczna pogoda, a pani Shellday wspominała mi coś o wyjeździe... Weź kilka muffinek i zabierz ją w nasze ulubione miejsce, dobrze? - poleciła siwa kobieta, chwytając dłoń chłopca leżącą na stole. 
- Czy coś się stało? - zapytał Harry, uprzednio przełykając jedzenie. Martwił się o ukochaną babcię, ponieważ przeczuwał, iż coś złego się dzieje. Nie chciał tego przegapić. Nie chciał, by dręczyły go wyrzuty sumienia, całe życie przypominając o popełnionym błędzie. 
- Wszystko w porządku. Nie musisz się martwić Harry. - uspokoiła go babcia, pokazując swoje urocze dołeczki w uśmiechu.
Chłopiec wstał, uprzednio dziękując za posiłek i ruszył w stronę swojego tymczasowego pokoju. Założył w nieco inne ubrania niż na co dzień. Lubił Ashley i chciał wyglądać w jej oczach jak zadbany chłopiec. Nie przepadał za uczuciem wstydu, chyba jak każdy z nas. Uczesał włosy grzebieniem, i założył ulubione, granatowe trzewiki. Idealne do biegania, ale też elegancko wyglądające. Uśmiechnął się do swojego odbicia w lustrze, dodając pewności siebie. Wypuścił głośno powietrze z płuc i wyszedł z pokoju, kierując się w stronę ogrodu, w którym aktualnie przebywała jego babcia. Położył malutką rączkę na parapecie, przyglądając się zza szyby starszej kobiecie, bujającej się w fotelu, specjalnie do tego przeznaczonym. Z daleka potrafił dojrzeć okładkę i tytuł książki, którą czyta. Wichrowe Wzgórza... Chłopiec cichutko otworzył na oścież drzwi, które oplatała biała firana. Koronkowy materiał zaplątał się o klamkę lecz Harry nie zwrócił na to uwagi i jednym susłem przeszedł przez próg. Stanął obok bujającej się kobiety, a kiedy zwróciła na niego swoją uwagę, uśmiechnął się, pokazując takie same dołeczki w policzkach, jakie ona posiadała.
- Wychodzę. Będę przed zmierzchem. - oznajmił i krótko uścisnął babcię. 
- Gdyby mnie nie było, wiesz gdzie są klucze.

Delikatnie nacisnąłem klamkę, jednocześnie zaciskając powieki. Zacięła się w połowie swojej drogi co oznaczało, że drzwi są zamknięte. Otworzyłem oczy szeroko i niczym ślepiec, zacząłem jeździć dłonią po drzwiach, z których, przez upływ lat, odchodziła butelkowo zielona farba.
- Harry... - szepnęła Megan, rozłączając nasze ręce i kładąc swoją na moim ramieniu.
- Shh... - uciszyłem ją, gdy dojrzałem ogrodowego krasnala, pękniętego w pół. 
Podszedłem do niego szybkim krokiem i jak za dawnych lat, uniosłem go w górę. Jego uśmiech był zadrapany, a oczy nie miały tej samej barwy jak kiedyś. Jedynie czapka wciąż pozostawała krwistoczerwona, mimo kilku uszczerbnięć. 
Przewróciłem go do góry nogami i ujrzałem małe wgłębienie. Nie było widać dokładnie kształtu, przez mrok, jaki panował. Wymacałem je palcami, modląc się w duchu o brak złodziei w okolicy. W końcu moje palce natchnęły się na mrożące zimno. Zacisnąłem knykcie i wyciągnąłem mały, żelazny kluczyk. Podniosłem się z kolan i jak pod władaniem jakiegoś dziwnego zaklęcia, wsunąłem go do małej dziurki w drzwiach. Przekręciłem dwukrotnie, a drzwi, ku mojemu szczęściu, ustąpiły, skrzecząc przeraźliwie. Stanąłem w progu, wyciągnąłem telefon z kieszeni spodni i włączyłem latarkę. Obejrzałem się przez ramię.
- Idziesz? - zapytałem Megan, która nerwowo przegryzała palce. Wciąż była przerażona.
- Jesteś pewien, że jest bezpiecznie? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, opuściła rękę i delikatnie zaglądnęła do wnętrza domu.
- Na pewno. Zaufaj mi i chodź. - uśmiechnąłem się i wyciągnąłem dłoń w jej stronę. 
Głośno wypuściła powietrze z płuc i ją chwyciła. Przekroczyliśmy razem próg i zobaczyliśmy jeden wielki bałagan. Kurz jak i zapach starego drewna natychmiast uderzył do naszych nozdrzy. Uniosłem rękę z latarką i zatoczyłem nią okrągłe koło. Gdyby cofnąć się o kilka lat wstecz, wszystko byłoby takie samo... Obrazy wisiały idealnie równo, lecz przez szary kurz ledwo można było dostrzec namalowaną martwą naturę. Zrobiłem krok w przód, rozglądając się po dawnym salonie. Zielona sofa nasiąknięta starością stała na przeciwko kominka, przypominając o czasach, w których telewizor gościł tylko w bardzo bogatych domach. Niektóre figurki na półkach leżały, być może od ciężaru kurzu, jednak coś zmuszało mnie do myślenia, iż ktoś tu był... Przeszedłem do kuchni. Piec kaflowy był w stanie nie naruszonym... szafki kuchenne również stały na swoim miejscu, jedynie drzwiczki jednej z szafek wisiały na zawiasach. Na dębowym stole leżał duży, fioletowy talerz, z wygrawerowanymi literami, których cień można było dostrzec z tej odległości oraz jeden, mały widelec. Podszedłem szybkim krokiem, nie zważając na skrzypienie podłogi i chwyciłem talerz w jedną dłoń. Dmuchnąłem mocno, co było następstwem rozprzestrzenienia się kurzu. Teraz mogłem dokładnie przeczytać litery na naczyniu. Katherine & Ray. Podniosłem głowę, nie pozwalając łzom spaść w dół i odłożyłem talerz z głuchym stuknięciem. Ruszyłem do drzwi, które znajdowały się obok pieca i pchnąłem je mocno, jak gdybym uciekał przed czasem i śmiercią. Wspomnienia uderzyły mi do mózgu, gdy tylko spostrzegłem moje stare samochodziki, leżące na szafce nocnej, obok wąskiego łóżka. Był tam również pajacyk Sam, który babcia zrobiła mi własnoręcznie na 6 urodziny. Strzepałem kurz, z jego niebieskiej czapeczki i uniosłem go do mojego nosa. Jakaś dziwna magia utrzymywała ten sam zapach od tylu lat... Zacisnąłem mocniej powieki, schowałem zabawkę do tylnej kieszeni i wyszedłem z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Megan stała obok szklanych drzwi, prowadzących na taras. Podszedłem do niej wolnym krokiem i objąłem ją ramieniem, wpatrując się w żółto-szare liście, które okrywały gres.

- Cześć. - przywitała się grzecznie Ashley, delikatnie muskając ustami policzek chłopaka, który szarmancko opierał się o płot. Miała na sobie letnią sukienkę o barwie bladego różu, który podkreślał jej niebieskie oczy.
- Gotowa? Zamierzam ci dziś coś pokazać... - wyjawił, z tajemniczym uśmiechem. - Proszę, to dla ciebie. - wyciągnął ręce zza pleców, ukazując dziewczynie domowe muffinki z czekoladą zawinięte w papier.
- Dziękuję Harry. Czy to daleko? Muszę wrócić przed zmierzchem. - szatynka przegryzła wargę, patrząc koledze w oczy. Lubiła w nie zaglądać. Ich zieleń posiadała swoją własną magię, którą skrycie podziwiała. Chłopak ukazał swoje dołeczki w uśmiechu, unosząc wyżej mały pakunek. Dziewczyna chwyciła go w dłonie i odwdzięczyła się kolejnym już dziś pocałunkiem w policzek, dzięki któremu pojawiły się małe rumieńce na twarzy chłopca.
Ruszyli razem w stronę parku, z którego można było dojść do rzeki. rozmawiając się i śmiejąc. Właśnie to miejsce chciał jej pokazać. Wzbudzało uwielbienie swoją prostotą, jednocześnie posiadając swój czar. 
- Czy to prawda, że wyjeżdżasz? - zapytał Harry, skręcając w jedną z uliczek.
- Tak, ale to jedynie dwa tygodnie. - odpowiedziała Ashley, patrząc na swoje urocze lakierki.
- AŻ dwa tygodnie! - poprawił ją chłopiec, wywołując jej melodyjny śmiech. - Co ja bez ciebie pocznę? - załamał teatralnie ręce.
- Na pewno znajdzie się chętny na nasze po południowe pikniki, nie martw się, Harry. Może... Może dobrym pomysłem było by sprowadzić tu Gemmę? - zasugerowała szatynka, rzucając chłopakowi krótkie spojrzenie.
- To świetny pomysł! - ożywił się natychmiast - Ale... Jest nad morzem. Wyjechała na obóz. - oznajmił Harry, podnosząc głowę i szacując, jak długa droga do przebycia im pozostała.
Ashley zamilkła. Nie miała pomysłu, jak pocieszyć przyjaciela, więc zdała się jedynie na śpiew ptaków, które dzisiejszego dnia były wyjątkowo rozgadane.
- Już prawie jesteśmy! - krzyknął Harry, na co szatynka natychmiast podniosła głowę.
Przez szatę drzew można było dojrzeć płynącą wodę, a poprzez śpiew ptaków, usłyszeć jej monotonny szum. Chłopiec jednak nie zamierzał iść prosto. Chwycił dłoń przyjaciółki i skierował się w najgęstsze krzaki, jakie rosły w tym parku.
- Harry, zadrapiemy się! - słusznie spostrzegła Ashley. 
Chłopiec puścił tą uwagę mimo uszu. Znał sposób, by tego uniknąć. Schylił się i nadepnął na grubą gałąź rosnącego obok drzewa. Skutek był natychmiastowy. Wszystkie krzewy ugięły się pod siłą większej rośliny, ukazując tym samym wydeptaną dróżkę, prowadzącą prosto do rzeki. Harry podniósł się, jednak nie cofnął stopy i uśmiechnął się zachęcająco do zszokowanej przyjaciółki. Dziewczyna spojrzała na niego podejrzliwie, jednak po chwili ruszyła w stronę odkrytego przejścia. Chłopiec również się nie wahał. Cofnął stopę i odskoczył szybko, by nie dać się ubrudzić bądź podrapać. Krzaki jak i gałąź znów były na swoim miejscu. Zadowolony z siebie odwrócił się w stronę dziewczyny, stojącej na brzegu rzeki. Podszedł do niej i odważnie objął ją ramieniem. Zwróciła ku niemu głowę, uśmiechając się skromnie.
- Dziękuję, Harry. - szepnęła cicho. 
Chłopiec uśmiechnął się pod nosem. Skierował wzrok w stronę małego koca, na którym często przysiadywał z babcią. Chwycił dłoń dziewczyny i poprowadził ją w miejsce przesiadywań. Dzieci wyciągnęły domowe muffinki z opakowań i smacznie się nimi zajadały. Pojawiły się nawet kaczki, proszące o kilka okruszków.  Zafascynowana dziewczynka uśmiechnęła się szero wskazując chłopcu głodne ptaki. Harry natychmiastowo oderwał kawałek swojej muffinki i podzielił na pół, dając cząstkę Ashley, która odrazu rzuciła ją ptakom.
- Wiesz... Ashley... - mówił przeciągle i niezdecydowanym głosem. - Patrzysz na świat z takim oddaniem jakbyś była przyrodą, jakbyś była najpiękniejszym kwiatem w dłoni natury. - wydawało mu się, że powiedzenie czegoś od serca będzie najlepszym z możliwych pomysłów żeby utwierdzić dziewczynę w przekonaniu, iż mały Harry jest zdolny do uczucia jakim jest młodzieńcza miłość.

- Harry, to takie piękne...- zaszkliły jej się perłowe oczy.- Ale, nie dziw mi się, że jestem bardzo blisko otaczającego nas świata. Ja go kocham, możliwe, że ciebie też.- odwróciła głowę w inną stronę by uniknąć spojrzeń chłopca.
Jednak chłopiec mimo lekkiego różu na policzkach chwycił twarz Ashley i nie przeciągając pocałował drobne usta dziewczyny. Uśmiechnęła się pod nosem.
- Przepraszam, ja muszę już iść, słońce zachodzi. - oderwała się od Harrego i patrzyła pusto w przestrzeń. Chłopiec się lekko zmieszał, ale po chwili chwycił rękę dziewczyny i oydwoje wstali biorąc reszte muffinek jakie im zostały.
Gdy Harry odprowadził dziewczynę pod same drzwi jej domu było już ciemno, ale zdecydował się iść dzielnie przez mrok. Miał niedużo do przejścia. Kilka minut szybkim marszem i był w domu, w którym nie paliły się żadne światła. Co jest podejrzane bo zawsze o tej porze starsza kobieta wychodzi na dwór by powspominać dawne młodzieńcze lata.
Harry nerwowo poprawił koszulę, połykając przy tym głośno ślinę. Po cichu stawiał każdy krok kierując się do lekko otwartych drzwi. Gwiazdy wraz z księżycem oplatały światłem jego lekko pokręcone włosy. Był już na samym szczycie schodów kiedy usłyszał przeraźliwy krzyk kobiet. To była jego babcia- za dobrze znał dźwięk jej głosu by się pomylić. Siedmiolatek nie wiedział co ma zrobić w takiej sytuacji. Jego serce biło szybciej niż spadający grad z nieba. Jednak chłopiec mimo  strachu jaki go ogarniał, wbiegł do mieszkania i niczym burza szukał babci krzycąc co siła w głosie.Znalazł babcie. Niestety jej skóra nie była już lekko różowa z przebarwieniami beżu, sukienka nie układała się jak zwykle i brakowało jej jednego buta. Co może sugerować, że walczyła. Harry szybko podbiegł do nieszczęśliwej duszy ze łzami w oczach badał co się stało. Zadawał sobie pytanie kto to mógł być i czemu akurat jego ukochana babcia.

- Harry, spójrz! - poiwedziała Megan do zamyślonego Harrego pokazując znaleziony, lekko zardzewiały i zakurzony medalik.
- Pamiętam to, należał do mojej babci. - wziął do ręki wartościowy przedmiot i schował go do przedniej kieszeni.

"Dzisiaj wracam do wspomnień, chodź to zamknęty etap i patrzę światu w twarz zamiast przed nim uciekać" - pomyślał Harold i skierował się w raz z Meg do wyjścia w ciszy.


Cherry, następny dzień.


Usłyszałam kolejny dziś, dźwięk roztrzaskanej bombki. Zacisnęłam powieki, modląc się w duchu, o moją ulubioną - czerwoną z zabawnym bałwanem. Stanęłam w progu salonu, przyglądając się zawziętym staraniom mojego brata.
- Olaf! Albo jesteś niedorozwinięty, albo z ciebie skończona pizda. - powiedziałam dobitnym tonem.
- Siostra! Nie pozwalaj sobie. To pierwsze święta bez mamy, kiedyś się nauczę... - mruknął wręcz marzycielsko, sięgając po następną bombkę. W czapce świętego Mikołaja i bokserkach, wyglądał przekomicznie.
- Jasne. - rzekłam krótko, przewracając oczami.
Święta z tym facetem będą jedną wielką katastrofą. Wyjadł dziś rano wszystkie galaretki, nad którymi ślęczałam całą noc! Przypalił też boczek, do którego włożyłam wszelkich starań.O niebiosa, proszę, oszczędźcie mnie.
Z wielkich narzekań wyrwał mnie głośny dźwięk dzwonka do drzwi. Ruszyłam w ich stronę, mrucząc ciche przekleństwa na brata. Przekręciłam zamek i otworzyłam drzwi na oścież.
- Witam pana w domu państwa Cherry. - ukłoniłam się szarmancko. Za chwilę jednak zza pleców pana, wyszła pani, ukazując mi się w pełnej krasie.
- Nie masz nic przeciwko?

_________________________________________

No cześć :D
Jeju, czemu ten rozdział wydawał mi się taki długi? :o
Przepraszam, że musieliście czekać tak długo, ale zanik weny, na który leku jeszcze nie wynaleźli :)
Dziękuję za 6! komentarzy pod ostatnim rozdziałem :) 
Wiem, że mało kto czyta posłowie, dlatego ktoś dodam jeszcze jedną notkę. 
A co myślicie o rozdziale? 
W pełni zasługa Beth! :) brawo dla niej, po prostu aghh :D
Wiśnia :D

dop. od Beth źródło cytatu- myśl Harrego


 Wiśnia  i Beth pozdrawiają czytelników ! xo